Wczoraj będąc w centrum handlowym wybraliśmy się do Ikei. Kupowaliśmy lampy do nowego domu P.. Jak tylko zaczęłam cieszyć się tym, że liczą się dla niego moje sugestie, że do salonu kupił te lampy, które ja wybrałam i że zachowujemy się jak prawie-rodzinka, przychodziła mi do głowy TA myśl. TA okropna. Że ten dom budował z myślą o swojej byłej, że mieli tam razem mieszkać, że mieli brać ślub. A teraz to tam będziemy spędzać nasz czas. Na całe szczęście nie będę tam z nim mieszkać, nie wytrzymałabym, myśląc, że to ona sobie zażyczyła tej ogromnej garderoby za sypialnią. Na całe szczęście, jak wszystko dobrze pójdzie, za jakieś pół roku jedziemy razem na stałe do Gdańska i zostawię te myśli za sobą. Jak dojdzie do tego, że zamieszkamy razem to będzie tylko NASZE mieszkanie, powstałe z NASZYCH planów i pełne NASZYCH wspomnień.
Boże! Mówił, że to właśnie do mnie pierwszy raz w życiu poczuł chemię, że kocha mnie tak jak kocha się tylko jedną kobietę. Jego była też to pewnie słyszała. To chyba jest naturalne, bo jakoś nie mogę tego inaczej uzasadnić, ale ja często łapię się na tym, że myślę o niej źle, że jestem niechętnie nastawiona. Nie znam jej w ogóle, na żywo widziałam ją może raz. W dodatku to ja odbiłam jej prawie-narzeczonego. Taka młoda, w dodatku jego „uczennica” (P. swojego czasu uczył mnie rysunku). Natura kobiety jest straszna! Zazdrosna, złośliwa, wręcz nie do zrozumienia.
Mój ojciec ma problem. Ze sobą, tak myślę. Ale o tym innym razem. Sama jeszcze nie wiem co o tym myśleć, jak do tego podejść. Może w ogóle do tego nie podchodzić. To chyba nie jest usprawiedliwieniem jego dziwnego sposobu wychowania mnie, mojego brata. To nie usprawiedliwia jego furii, awantur, tego wszystkiego, co zrobił.
Już we wtorek ustny angielski. Zaczynam przygotowania. Czuję się w miarę pewnie, ale trzymajcie kciuki;)