Mimo że wolne mam jakoś od końca kwietnia, dopiero teraz czuje te wakacje. Przejażdżki kabrioletem, lektura książki w ogrodzie, zimne piwo na plaży, spacery po przystani jachtowej. Brakuje mi jeszcze jakiejś szalonej dyskoteki nad jeziorem, ale mam nadzieję, że już wkrótce nadrobię tę okropną zaległość. Czas mi mija leniwie i w mgnieniu oka jednocześnie. To chyba taki wakacyjny tryb czasoprzestrzeni, lekko zagiętej żarem z nieba.

Po tym, jak informacja o wynikach powoli docierała do mojego mózgu, zaczęłam czuć się już studentką. Może to za szybko, bo przecież nic jeszcze nie jest pewne.. Ale to ogromnie przyjemnie myśleć sobie o nowym mieszkaniu, o usamodzielnieniu, o kreatywnych i inspirujących studiach. P. postanowił wyprowadzić się ze mną do Gdańska. Oboje wiemy, że ciężko byłoby nam sobie ufać na odległość, mimo że nikt o tym głośno nie mówi. Może właśnie stąd ta decyzja. Pomijam te wszystkie wady, minusy, zmartwienia i nie chcę przerywać tego, co jest. Niech się toczy swoim tokiem, a wszystko się w swoim czasie stanie jaśniejsze i bardziej klarowne.

Ostatnio w głowie mam M., moją dawną przyjaciółkę. Żałuję, że dawną. Obie popełniłyśmy wiele błędów. Wcześniej miałam o wszystko do niej żal, teraz mam do siebie. M. układa sobie życie ze swoją drugą połówką. Kupili mieszkanie, przeprowadzają się do Gdańska, planują ślub (!) i dziecko (!!!). Na widok jej pierścionka zaręczynowego ściska mnie z zazdrości, chociaż ja wcale takowego nie oczekuję i jak na razie nie chcę oczekiwać. Trzymam za nią kciuki, szkoda tylko, że ona o tym nie wie.

A tymczasem wracam do Mistrza i Małgorzaty.